"Franklin i foch dilera"

Mały żółwik jak co dzień wstał wczesnym rankiem, by zdążyć na prędce zjeść śniadanie nim przyjedzie szkolny autobus, który zawiezie go do miejsca znienawidzinego przez większość normalnych osób- szkoły. Chłopiec sam należał do tego jakże nieelitarnego grona, ale jako jeden z nielicznych znalazł sposób na umilenie sobie niedoli. Jeden z uczniów starszej klasy o pseudonimie "Geodeta" stał się symbolem walki z depresją i uczuciem zawodu wobec życia. Stało się to za sprawą ojca tegoż kolegi, który, o ironio, był geodetą. Ojciec chłopca przebywał na emigracji zarobkowej w Mlecznej Dolinie w Holandii. Wiadomym, więc było, że chcąc pomnożyć rodzinną fortunę musiał skorzystać z wiedzy, a raczej rzeczy, nabytej w tymże kraju. Chodzi oczywiście o marichunaen, które młodziaki lubią konsumować bezpośrednio przed zajęciami z dojenia krów kombajnem górniczym, a ten kto wie jak trudna to sztuka, nie będzie zdziwiony faktem, że każdy absolwent tej szkoły w swoim życiu wypalił przeszło 4,5 kg czystego haszu. Ale tematem naszej historii nie jest wątpliwa legalność pozyskiwania środków do życia przez naszego emigranta, więc nie zajmujmy się nim dłużej.

Dzieci wesoło wybiegły ze szkoły (hej hej nana nana hej hej hej hej) po czym schowały się za pobliskim blokiem i zapaliły (no cóżby innego) lufkę nabitą najprzedniejszym tematem. Po pierwszym buchu Franklin i wcześniej wspomniany Geodeta odpłynęli na krótko, ale konkretnie. Nasz młodociany diler przysięgał, że widział nazistowskich niemców atakujących go z lewego frontu, po czym strzelili mu w kadłub. Franklin wolał przemilczeć swoje narkotyczne jazdy. Miał pecha. Wszyscy wiedzieli, co dokładnie widzi chłopak w takim stanie. Ukazywał mu się Gandalf Niebieski z tachimetrem zamiast laski (laska też była, ale 2 metry dalej i nieprzytomna). Mag przez chwilę patrzył na żółwika po czym krzyczał 3 razy: "enjyzedoeg". Po tych słowach w kącie jaskini, w której się to wszystko odbywało, pojawiał się Eazy-E, który po krótkim dissowaniu Gandalfa na freestyle'u zaczął rytmicznie recytować (chyba nazywa się to rapowanie) jeden wyraz:"mleko". Franklin po chwili zrozumiał, o co chodzi i wykrzyczał:"żółw. Nagle z sufitu zwalił się wielki odłam skalny czarny jak modelina po wyjęciu z piekarnika. Po chwili przeszywającej ciszy skała pękła i oczom wszystkich ukazał się Predator. Otrzepał się z mniejszych okruchów i zakrzyknął pod niebiosy jak niegdyś sam Martin Luther King, Jr.:mleko enjyzedoeg żółw. Wtedy chłopiec kompletnie stracił pojęcie o dziejących się na jego oczach wydarzeniach. Na dobicie resztek zdrowia psychicznego ów Predator wygrzebał z kieszenie 1,5- metrowy kij, a z wytrzepanych z siebie okruchów skalnych wyczarował (nie pytajcie) wianuszek ze stokrotek. Połączył ze sobą te dwa elementy w sposób tak bardzo zrozumiały, że nawet niwelator optyczny zdaje się być bardziej skomplikowany. Po akcji godnej McGyvera stwór wziął potężnego łyka czeskiego metanolu po czym podpalił wytworzony przedmiot (nooo... różne się robi rzeczy jak jest się pijanym). Czyn ten nie miał żadnego sensu, więc Franklin uznał, że trzeba zakończyć ten mózgotrzep. Chcąc to osiągnąć wypłacił sobie sam luja ogłuszacza na pysk.

Chłopiec obudził się, jak się później okazało, po 30-stu minutach widząc twarze towarzyszących mu kolegów. Szkolny diler Geodeta wyglądał na nieco wkurzonego. Okazało się, że upadając na ziemię chłopak stłukł lufkę i rozsypał cały stuff jaki mieli. Diler powiedział, że dla Franklina tematu już nie będzie dostarczał. Na odchodne krzyknął:Geodezja 4 life, a każdy niwelator, tachimetr i teodolit ma propsy za istnienie. W tym momencie Franklin miał wątpliwości, czy aby na pewno wybudził się z zaćpanej śpiączki.

Morał z tej historii jest krótki, ale niektórym dobrze znany: " Salt nie robi się, tylko ostro nak... się!" Aaaa... nie... moment... inaczej to szło:"mleko enjyzedoeg żółw". Ja też tego nie rozumiem, ale tego wymaga projekt.